czwartek, 16 lutego 2012 3 minuty czytania W recenzji "Trzech muszkieterów" wspominałem, że miałem wybór, czy aby nie pójść do kina na "Gigantów ze stali" zamiast na nich. Teraz więc zrecenzuję tę produkcję, która także bardzo dobrze się zapowiadała. Przypominała "Transformersów", ale bardziej nastawionych na walki bokserskie. Cóż, nie obejrzeć tego filmu to grzech – przynajmniej tak mi się zdawało. Wiele osób narzeka na dubbingi w filmach. Czytałem sporo opinii, które świadczyły o tym, że polska wersja "Gigantów ze stali" jest bardzo słaba. I trudno temu zaprzeczyć. Sam miałem dosyć tych dziecinnych głosów i irytował mnie fakt, że niektóre dialogi zostały przerobione na "łagodniejsze". Wystarczy porównać trailer filmu z napisami i z polskim dubbingiem. Głównym motywem tej pozycji są walki robotów i więź ojca z synem. Charlie, były bokser, zostawił swojego syna, zanim ten się jeszcze urodził. Opiekowała się nim matka, do czasu gdy zginęła. Teraz będzie musiał się nim zająć ojciec, ale tylko na okres dwóch miesięcy, a w zamian dostanie pieniądze. Po tym czasie odda syna siostrze zmarłej i jej mężowi, na którego prośbę pieniężną zgodził się zająć dzieckiem, które ma już jedenaście lat. Za kasę kupił nowego robota, którym planuje odbyć kilka walk. Podczas każdej potyczki towarzyszy mu syn, także interesujący się pojedynkami, jednak ojciec traktuje go z rezerwą. Już na pierwszy rzut oka, fabuła jest niespójna. Bohater dostał sto tysięcy dolarów i jeszcze mu mało? Na dodatek wraz z biegiem akcji okazuje się, że starym robotem ze złomowiska zaczyna wygrywać walki. W filmie pojawia się też zdanie: "Ty mnie rozumiesz? Nie powiem nikomu.", które świadczy o "inności" robota, jednak nie zostaje to wyjaśnione. Czemu więc ten "złom" pokonywał mocniejszych od siebie (teoretycznie) rywali? Nie wiadomo. Z zakończenia trudno wysnuć jakieś wnioski na temat tego, co się stanie dalej z bohaterami, a po takich niespójnościach ciężko się czegokolwiek domyślić. Same walki robotów są bardzo słabe. Podoba mi się to, że wokół ringu są tłumy ludzi i różnych ochroniarzy. Spiker świetnie zapowiada pojedynki, co nadaje temu wydarzeniu dużo powagi i widowiskowości. Jednak co z tego, skoro całe te "naparzanie się" stoi na niskim poziomie. Nie ma żadnych naprawdę spektakularnych bloków, uników czy nieoczekiwanych zwrotów akcji. Tylko masa ciosów, które wyglądają bardzo podobnie. Raz atakuje jeden robot, raz drugi. Kto wygra, nietrudno się domyślić, przez co film robi się trochę schematyczny i nudny. Nie ratuje go nic, bo minusów jest więcej. Walk jest mało, a reszta scen jest jeszcze (o zgrozo!) nudniejsza. Dialogi są nijakie, a wszystkie sytuacje zostały dodane na siłę (aż dwie godziny oglądania!). Dlaczego twórcy nie umieli wykorzystać ogromnego potencjału tkwiącego w filmie? Częściowo dlatego, że uważali, iż uda im się zrobić go tak, aby spodobał się zarówno dorosłym, jak i dzieciom. Lepiej byłoby, gdyby zdecydowali się na jedną grupę widzów, zamiast robić produkcję, która nie zachwyci ani jednych, ani drugich. Mimo wszystko "Giganci ze stali" nie są bardzo kiepskim filmem. Odbijają się od dna dzięki grze aktorskiej (kolejny film ze zmarnowanym potencjałem, który może się tym szczycić). Najlepiej wypadł Hugh Jackman w roli Charliego. Widać, że aktor powinien grać w poważniejszych filmach. Jednak skoro przy tym jesteśmy, to przydałoby się, aby osoba grająca jego syna była trochę starsza. Kolejnym plusem jest to, że czasami pojawiają się fajne sceny. Jedną z nich jest taniec robota, który mógłby być dłuższy. Ciekaw jestem, czy powstanie kontynuacja "Gigantów ze stali". Twórcy trochę pieniędzy na nim zarobili. Ja jednak już na początku drugą część skreślam, a pierwszej nie polecam. Porównując ten film do "Trzech muszkieterów", ze znaczną przewagą wygrywa ten drugi. Porównując do "Transformersów", które zostały bardzo skrytykowane przez redaktora Holdena, także przegrywa, bo tam przynajmniej efekty specjalne zostały zrobione na wysokim poziomie. Ocena użytkowników Średnia z 7 ocen Twoja ocena Wczytywanie...
Główną rolę gra Hugh Jackman, a partneruje mu m. in. Evangeline Lilly, gwiazda serialu Lost.W obsadzie są także Dakota Goyo, Kevin Durand i Anthony Mackie. Akcja filmu, którego budżet został oszacowany na 80 mln dolarów, rozgrywać się będzie w niedalekiej przyszłości, w której boks jest sportem zakazanym i ludzie nie mogą go uprawiać.Giganci ze stali pewnym krokiem i z wielkim hukiem wkroczyli do kin. Wierzyłem w ten film odkąd po raz pierwszy ujrzałem trailer. Najzwyczajniej w świecie spodobał mi się niecodzienny pomysł obsadzenia wielkich robotów w roli bokserów. Pierwsze fragmenty zapowiadały olśniewającą naparzankę między maszynami na pierwszym planie, i wciśnięte gdzieś pomiędzy rundy trudne relacje ojca z synem, które zdawały się być napisanym na szybko łącznikiem pomiędzy kolejnymi pojedynkami. Zalatywało to wszystko disneyowskim, infantylnym kinem familijnym i bezmyślnym kinem transformerowym – konglomeratem zupełnie niestrawnym i najgorszym z możliwych. Ale wciąż wierzyłem w Gigantów ze stali, czemu wyraz dałem we wpisie na blogu, gdzie w podsumowaniu moich zachwytów nad trailerem napisałem: “żyć nie umierać, siadać i czekać do premiery”. Na górze możecie zobaczyć widniejącą ocenę 8/10, więc nie będę się bawił w budowanie suspensu i od razu powiem, że Giganci ze stali to kawał porządnie zrobionego kina. Największą niespodzianką okazał się element, co do którego miałem największe obawy. Tak, drodzy państwo, Giganci ze stali, film o b-o-k-s-u-j-ą-c-y-c-h r-o-b-o-t-a-c-h (!), scenariuszem stoi! Ciekawie nakreślone postaci (także drugoplanowe) i nieszablonowo rozpisane relacje między nimi, sprawiają, że ten stricte rozrywkowy obraz śmiało romansuje z jak najbardziej poważnym kinem obyczajowym, przy czym nie trąci ani fałszem, ani tanim sentymentalizmem. W wielu miejscach zdawało mi się, że wiem, jak dalej potoczy się akcja, że zgodnie z szablonami bohaterowie zrobią to czy tamto, gdy tymczasem działo się coś zupełnie odwrotnego do moich oczekiwań. Motyw przewodni filmu, czyli wzajemne odkrywanie uczuć ojcowsko-synowskich śledzi się dzięki temu z większym zainteresowaniem od ringowych potyczek. To one robią tu za tło, za drugi plan, za łącznik pomiędzy scenami dialogowymi między bohaterami, a nie na odwrót. Podobne wpisy Kolejna niespodzianka to Hugh Jackman, wiarygodnie wcielający się w rolę Charliego Kentona, nieco zgorzkniałego byłego boksera, cynicznego samotnika, który pod wpływem poznanego po latach syna, przechodzi powolną wewnętrzną przemianę. Hugh Jackman blednie z kolei przy występie 12-letniego Dakoty Goyo, który dotrzymuje kroku swojemu starszemu koledze po fachu, a chwilami wyprzedza go o krok. Nastoletni aktor (mogliśmy oglądać go na przykład w roli młodego Thora) choć zdarzyło mu się tu i ówdzie odrobinę przeszarżować, w niedrażniący sposób zagrał młodszą wersję swojego ojca. Podobnie jak on jest uparty, zadziorny, odważny i wyszczekany, rzec można: jeden wart drugiego. Słowne tyrady między Jackmanem a Goyo ogląda się z prawdziwą przyjemnością, bo widoczny jest w nich ładunek tłumionych przez lata emocji. A żeby nieco zrównoważyć dramatyczną historię rodzinną, dokooptowano dialogom solidną porcję humoru. Jest więc i wzruszająco i błyskotliwie i zabawnie, a wszystko to razem stanowi lekkostrawną, krzepiącą opowieść z nienachalnym morałem. Dodając do tego fakt, że film jest bardzo brutalny – wszak maszyny tłuką się po stalowych mordach ile wlezie, a jednocześnie zupełnie bezkrwawy (chyba, że za krew uznamy wylewający się z pokonanego robota olej), bez obaw mogą go oglądać zarówno dorośli, jak i dzieciaki, nawet te poniżej granicy wiekowej PG13. Giganci ze stali garściami czerpią ze schematu “od zera do bohatera”. Bez trudu znajdziemy tu echa Gladiatora – pierwsza walka odbywa się na małej arenie, później Atom przenosi się do mekki walk robotów w Detroit, przyszłościowego odpowiednika rzymskiego Koloseum. Ściągnięto też w dużym stopniu z historii niejakiego Rocky’ego Balboa, a konkretnie wykorzystano oś fabuły pierwszej części. Finałowa walka zdaje się z kolei zapożyczać “strategię” z pamiętnej “Rumble in the Jungle”, w której Muhammad Ali przez kilka rund nie robił nic ponad przyjmowanie potężnych ciosów George’a Foremana. Przy tych wszystkich podobieństwach, Giganci ze stali nie jawią się jednak jako film, który bezmyślnie kopiuje od poprzedników, bo zapożyczenia i inspiracje zostały sprawnie wplecione w tę bokserską opowieść jakiej jeszcze nie było. Szczerze gratuluję twórcom Gigantów ze stali, idącym pod prąd aktualnej koniunkturze, stworzenia robotów, które nie mają uczuć, nie mówią, nie pierdzą, nie sikają i nie przemieniają się w lśniące samochody, schlebiające tanim gustom amerykańskim popcornożercom. Roboty z filmu Shawna Levy’ego to maszyny stworzone do boksowania, nie do ratowania świata, koniec i kropka. Paradoksalnie więc, pomimo braku jakiejkolwiek mimiki i ludzkich odruchów, robot Atom wzrusza do łez i daje wiele radości z obserwowania jego poczynań podczas treningów i mordobić pomiędzy linami ringu. Animacja komputerowa Atoma i jego przeciwników stoi na niesamowicie wysokim poziomie, to samo można powiedzieć o choreografii walk. Wszystkie uniki i ciosy są dla widzów czytelne i zrozumiałe. Nie uświadczymy tu bezładnej sieczki zmontowanej przez Flasha Błyskawicę. Konsultantem na planie był sam Sugar Ray Leonard, na czym zyskała nie tylko widowiskowość, ale przede wszystkim techniczna poprawność ruchów stalowych gigantów, jak i samego Jackmana. Dzięki temu, pomysłowy design i animacja robotów idą tu w parze z widowiskowością, realizmem i dramaturgią. A wszystkiemu towarzyszą pasujące do całości jak pięść do nosa (w tym przypadku to powiedzenie ma pozytywne znaczenie) stalowo/bokserskie efekty dźwiękowe oraz ostre kawałki Eminema i Prodigy. Tekst z archiwum (
Giganci ze stali bez limitów Real Steel USA 2011 Dramat; Akcja Reżyseria: Shawn Levy Obsada: Hugh Jackman, Dakota Goyo Premiera: 14-10-2011 Czas trwania: 125
"Giganci ze stali" w kinach od 14 października!Hugh Jackman w roli nieugiętego twardziela, który razem z synem Maxem odkryje świat ekscytującego robot-boksu w blasku fleszy i w cieniu podziemnych walk. Ten dwuosobowy team wraz z królem ringu -- gigantem Atomem staną przed szansą walki o splendor i sławę przeciw niepokonanemu dotąd zawodnikowi. Porywające widowisko, które poruszy nawet twardzieli o stalowych nerwach! .